Ksiądz Jan Kaczkowski. Żył na pełnej petardzie. Do samego końca

29 marzec 2016

Nie żyje ksiądz Jan Kaczkowski. Współtwórca i dyrektor Puckiego Hospicjum pod wezwaniem św. Ojca Pio miał zaledwie 38 lat. Choć ks. Kaczkowski od 2012 roku zmagał się ze śmiertelną chorobą, to nie poddawał się i walczył. Od chwili, gdy usłyszał diagnozę, jak sam mówił, żył "na pełnej petardzie". Swoją pasją, chęcią do życia zarażał innych. Stał się wzorem dla wielu cierpiących. Do ostatnich dni nie tracił nadziei, że i tym razem uda mu się pokonać chorobę. Niestety, nie udało się.

Ksiądz Jan Kaczkowski urodził się w 19 lipca 1977 roku w Gdyni. W 2002 roku ukończył studia w Gdańskim Seminarium Duchownym. W tym samym roku przyjął też święcenia kapłańskie. Pięć lat później, na warszawskim Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego, obronił pracę doktorską. Jej temat brzmiał: "Godność człowieka umierającego a pomoc osobom w stanie terminalnym – studium teologiczno-moralne"

Od początku swojej posługi duchownej był związany z Pomorzem. Najpierw jako wikariusz w parafii Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Pucku, a potem – kapelan domu pomocy społecznej i szpitala w Pucku. Jednak najwięcej poświęcił pomocy osobom ciężko chorym i umierającym w hospicjach. Najdłużej związany był z Puckim Hospicjum pod wezwaniem św. Ojca Pio, którego był współtwórcą, a od 2009 roku – także dyrektorem. Oprócz pomocy najciężej chorym, ks. Kaczkowski był również wykładowcą akademickim oraz szkolnym katechetą.

Jan Kaczkowski od urodzenia zmagał się z chorobą i cierpieniem. Od dziecka był dotknięty lewostronnym niedowładem oraz wadą wzroku. To nie przeszkadzało mu pomagać innym. Wręcz przeciwnie. Potem jednak spadły na niego kolejne ciosy. Najpierw nowotwór nerki, który udało mu się pokonać. Choroba jednak nie chciała odpuścić. W czerwcu 2012 roku lekarze zdiagnozowali u niego glejaka mózgu

"Nie ma czegoś takiego jak los, ironia losu. To takie najprostsze skojarzenie. Całe życie zajmował się chorymi, służył im, a teraz sam cierpi. To zawsze mnie strasznie wściekało, jak ludzie przychodzili i mówili: proszę księdza, ksiądz tyle dobrego zrobił. Dlaczego księdza to spotkało? A dlaczego, do jasnej cholery, nie?" – mówił o swojej diagnozie w rozmowie z Onetem w 2014 roku.

"Postanowiłem, że będę żył na pełnej petardzie"

Nie ukrywał też, że nie zawsze w Kościele spotykał się z samymi pochwałami. Podczas jednego ze spotkań w Gdańsku przyznał, że choroba trafiła na wyjątkowo trudny okres w jego życiu. I właśnie wtedy, jak sam mówił, "gdański Kościół, który kochał, jeździł po nim jak walec". Pokonał jednak towarzyszący mu strach. Wtedy, właśnie w takim momencie znów spadła na niego choroba.

"Jestem w pewnym procesie. Nie jest tak, że od razu to wszystko poukładałem. Postanowiłem, że bez względu na wszystko tę końcówkę życia, która mi została, będę żył na pełnej petardzie. Będę pracował więcej niż muszę. Oczywiście mam pełną świadomość, że ta nadaktywność może skrócić moje życie. I to jest mój świadomy dar. Tylko tyle mogę dać" – przekonywał ksiądz Kaczkowski w rozmowie z Eweliną Potocką.

I tak właśnie żył. Na pełnej petardzie. A swoim niezwykłym podejściem, poczuciem humoru i wolą walki oraz optymizmem zarażał innych. Mimo walki ze śmiertelną chorobą, nie porzucił swojej dotychczasowej działalności duszpasterskiej. Zaczął robić nawet więcej – stał się osobą jeszcze bardziej aktywną. "Jestem głodny życia, jestem sybarytą. Jak patrzę na te czekoladki, to bym je od razu chapsnął… Ten nowotwór w sensie ludzkim jest porażką systemu. Ale skoro on już powstał, to niech on będzie narzędziem do robienia czegoś dobrego" – tłumaczył swoją niezwykłą misję.

 

TVP Player

Napisał więc książki "Życie na pełnej petardzie" oraz "Szału nie ma, jest rak". Był też aktywny w internecie, prowadził bloga, wielokrotnie występował w mediach. W 2015 roku pojawił się nawet na Przystanku Woodstock. Otwarcie wspierał też Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Wszędzie ze swoim pozytywnym przekazem. Na spotkaniach z nim gromadziły się tłumy. Zyskał olbrzymią popularność. Sam nazywał się, z właściwym mu poczuciem humoru, "onkocelebrytą" – czyli, jak tłumaczył, osobą znaną z tego, że ma raka. Tak zdobytą popularność wykorzystał do tego, by przekaz, z którym wychodził do ludzi, trafiał do jak najszerszego grona odbiorców. I tak się działo.

Za swoją misję ksiądz Jan Kaczkowski otrzymał w 2012 roku Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. W ten sposób prezydent Bronisław Komorowski odznaczył go za "wybitne zasługi w działalności na rzecz osób potrzebujących pomocy". Potem spłynęły na niego kolejne wyróżnienia – nagroda "Pontifici", medal "Curate Infirmos", nagroda "Ślad" im. Biskupa Jana Chrapka (2014 r.), Nagroda "Newsweeka" im. Teresy Torańskiej za działalność publiczną (2014 r.), medal św. Jerzego przyznawany przez "Tygodnik Powszechny" (2015 r.). W tym samym roku otrzymał także "Różę Gali" za swoją działalność charytatywną. Ksiądz Jan Kaczkowski był także honorowym obywatelem Pucka.

"To, że jesteśmy przyzwoici, to tylko wychodzenie na zero"

Duchowny pozostał aktywny do końca swoich dni. Pomagał chorym, spotykał się z wiernymi. Promował też swoje książki. Na początku lutego w ciężkim stanie trafił do szpitala. Choroba wróciła. Do końca wierzył, że uda mu się ją pokonać. Nie tracił nadziei. Walczył. Tysiące osób życzyło mu zdrowia w mediach społecznościowych. Nawet ci, których wiara i poglądy były biegunowo odmienne.

"Teraz robię wszystko na przekór. Powiedzieli mi, że nie będę jeździł na nartach, albo że nie będę prowadził samochodu. Tymczasem prowadzę auto, byłem w górach. Życie staje się coraz ciekawsze. Miał być koniec, a tu jest zakręt. Za zakrętem ma być ściana, a tu wychodzi, że kolejny zakręt, a tam górka, inna perspektywa. Ciekawe" – opowiadał dwa lata temu w rozmowie z Onetem.

Ksiądz Jan Kaczkowski miał zaledwie 38 lat.

"Mam taki apel. To, że jesteśmy przyzwoici, to tylko wychodzenie na zero. W dzisiejszych czasach to bardzo dużo, ale czy to wystarczy? Czy od katolików nie wymaga się czegoś więcej niż przyzwoitość?" – pytał w wywiadzie udzielonym Ewelinie Potockiej.

"Czy nie znacie przyzwoitych ludzi niewierzących? Ja znam, mnóstwo, nawet w moim domu. Często są o wiele bardziej przyzwoici niż my katolicy, którzy bywamy obłudni. My powinniśmy być przyzwoici z wektorem ku górze. Co ja mogę z siebie dać więcej? Jak ma się dzieci, to że się je kocha i nie katuje, to nie jest żadna zasługa albo że nie zdradza się męża. Wykonywanie obowiązków nie jest żadną zasługą. Każdy z nas powinien się zastanowić, co może dać z siebie ponad przeciętność w ramach wielkoduszności" – mówił dalej ksiądz Kaczkowski.

 

Polecamy

Między prawdą a nadzieją. Rozmowa z ks. Janem Kaczkowskim